10. Elektrostymulacja mięśni i nerwów przy opadającej stopie

W tym wpisie chciałbym poruszyć dość ciekawy dla mnie temat jakim jest elektrostymulacja na opadającą stopę. Przez elektrostymulację rozumiem dwie różne, ale powiązane ze sobą metody. Po pierwsze, elektrostymulacja jest oferowana jako jedna z metod rehabilitacji stacjonarnej. Po drugie, dostępne są na rynku urządzenia, które poprzez wysyłanie impulsu elektrycznego mają pobudzać mięśnie do uniesienia stopy ku górze, tym samym eliminując potrzebę stosowania ortezy.

Jestem sceptyczny wobec obu tych metod. Sceptycyzm ten wynika z osobistego doświadczenia z nimi. Nie oznacza to jednak, że w ogóle one nie działają. Wydaje mi się, że czasem się sprawdzają, ale muszę być spełnione określone warunki, o których wspomnę niżej.

Przy mechanicznym uszkodzeniu nerwów w wyniku urazu dochodzi do odnerwienia mięśni, którym mózg nie ma jak przekazać, co mają zrobić. Dotyczy to wszystkich mięśni, ale ze względu na specyfikę tego bloga skupmy się na mięśniach podudzia. Odnerwione mięśnie nie pracują i zanikają. Niestety, zgodnie z moją najlepszą wiedzą, po długotrwałym odnerwieniu i zaniku mięśni ich odrodzenie się nie jest już możliwe.  Trudno mi powiedzieć, co dokładnie znaczy „długotrwałe”. Być może jest to nieco indywidualne. Wydaje mi się, że 3 lata, jak ma to miejsce w moim przypadku, kwalifikują się pod to określenie.  Z lektur on-line i rozmów z lekarzami wydaje mi się, że powyższy scenariusz wygląda inaczej, gdy ktoś doznał np. złamania kręgosłupa lub wylewu, a nerwy odpowiadające za ruch stopy nie zostały uszkodzone. Wtedy mięśnie się osłabiają i tracą masę, bo nie pracują, ale nie zanikają całkowicie.

Opisana wyżej różnica wpływa według mnie na to, czy elektrostymulacja na opadającą stopę jest sensowna. Jestem zwolennikiem teorii, że w przypadku urazów nerwów, bez interwencji mikrochirurgicznej w celu ich naprawy, elektrostymulacja nie ma większego sensu. Nie natknąłem się jak dotąd na wiarygodne badania, które pokazywałyby, że wspomaga ona odradzanie się nerwów… Jeśli ktoś z czytających takowe posiada, to proszę o kontakt, abym mógł zaktualizować ten wpis! Oczywiście zanim doszedłem do tego wniosku wydałem setki złotych na własne urządzenie do elektrostymulacji, a następnie jeszcze więcej na kolejne elektrody żelowe do niego. We własnym zakresie stosowałem elektrostymulacje przez ponad rok bez żadnych widocznych efektów. Nie miałem elektrostymulacji profesjonalnym sprzętem na szpitalnym oddziale rehabilitacji, ale na podstawie rozmów z neurologami śmiem twierdzić, że efekt byłby ten sam.

W którymś momencie dowiedziałem się o dostępności wspomnianych wyżej stymulatorów wspomagających chodzenie, które unoszą stopę przez wysłanie do mięśni impulsu elektrycznego. Cena kilku tysięcy złotych za urządzenie to dużo, ale perspektywa poruszania się bez ortezy wydawała się atrakcyjna. Umówiłem się na przetestowanie sprzętu. Niestety, ten okazał się klapą, bo zgodnie z powyższymi akapitami mięśnie które zanikły (było to około roku po wypadku) nie mają prawa działać. Rehabilitant, a jednocześnie przedstawiciel firmy, testujący na mnie sprzęt był bardzo zainteresowany tematem. Dla pewności podłączył mnie do profesjonalnego, stacjonarnego stymulatora, aby zorientować się, czy uda mu się wywołać jakikolwiek skurcz odnerwionych mięśni. Bez skutku, pomimo ustawienia maksymalnej mocy i odparzeń na skórze w miejscu przykładania elektrod. Pozostało mi zatem życie z możliwie najlepszą ortezą…

Czy opisane stymulatory są zupełnie nieskuteczne? To zależy. Sądzę, że mogą one dobrze działać np. u osób po wylewach, które nie przeszły mechanicznego urazu nerwów, a więc nie mają odnerwionych mięśni. Wszystkie filmiki z reklamami takich urządzeń, które widziałem w Internecie, pokazują właśnie tego typu pacjentów. Sądzę, że takie urządzenie, gdy działa, może mieć duży sens, bo w sposób ciągły stymuluje mięśnie do pracy. Przeszkodą może być jednak bardzo wysoka cena. Przy odnerwionych i zanikających mięśniach można oczywiście spróbować, ale obawiam się, że efekty będą zbliżone do moich doświadczeń.

9. Opadająca stopa a ubezpieczenie od trwałej niepełnosprawności/inwalidztwa

Opadająca stopa a ubezpieczenie od trwałej niepełnosprawności/inwalidztwa

Jestem aktualnie w drodze powrotnej z urlopu i mam dużo czasu, aby poruszyć nieco kontrowersyjny, ale jednocześnie istotny temat ubezpieczeń, w szczególności tych od trwałego inwalidztwa. Traf chciał, że kilka lat przed wypadkiem, ubezpieczyłem się na życie w firmie X (celowo nie podaję nazwy, bo moim zdaniem opisane poniżej zdarzenia dotyczą branży ubezpieczeniowej w ogóle…), a zawarta umowa zawierała również umowę dodatkową na wypadek trwałej niepełnosprawności.

Po wypadku, gdy stało się jasne, że nie odzyskam władzy w stopie, rozpocząłem starania o przyznanie należnego odszkodowania. Wydawało mi się oczywiste, że mając formalnie przyznany umiarkowany stopień niepełnosprawności, powinienem je dość szybko otrzymać. Błąd #1!

Tutaj należy wprowadzić postać mojego osobistego „opiekuna” ubezpieczeniowego, pana Anatola. Pan Anatol, to ciekawa postać – przez kilka lat współpracy z firmą X wydzwaniał do mnie w urodziny i święta pozując na najlepszego przyjaciela. Nie czułem się z tym dobrze, ale też nie zebrałem się w sobie, aby mu powiedzieć, by się odczepił – było to trochę niezręczne.  Po wypadku stwierdziłem, że skoro mam tak oddanego, osobistego „przyjaciela” od ubezpieczeń, to powinien mi on pomóc w załatwieniu formalności związanych w wypłatą odszkodowania. Błąd #2! Niestety, pierwsze co usłyszałem do wykonaniu telefonu do „przyjaciela”, to poddawanie w wątpliwość czy ubezpieczenie mi się należy,  połączone z udawanym współczuciem. Nalegałem jednak, aby do mnie przyjechał i pomógł mi wypełnić dokumenty – w końcu to „przyjaciel”, który zawsze pamiętał o urodzinach i świętach – nawet w rodzinie trudno o taką troskę!

Po moim silnym naleganiu Pan Anatol raczył się pojawić. W przedpokoju zdjął buty, w których przyjechał i zamienił je na lśniące, wypastowane lakierki, w których wkroczył na dywan. Następnie wyjął z teczki  wzory druków do wypełnienia. Pomyślałem, że jednak mi pomoże… Błąd #3! Po kilku minutach wspólnego wypełniania zorientowałem się, że druki, które mój udający współczucie „przyjaciel” pospiesznie uzupełnia, nie dotyczą ubezpieczenia od trwałego inwalidztwa. Zapytałem o to, ale dostałem zapewnienie, że oczywiście są to właściwe druki. Nie dowierzając, siadłem do komputera i ściągnąłem, a następnie wydrukowałem te właściwe  ze strony internetowej firmy X. Pokazałem je Panu Anatolowi wprowadzając go w mocne zakłopotanie chłopca złapanego za rękę na kradzieży lizaków. Do dziś żałuję, że nie wyprosiłem go wtedy za drzwi, tylko przez kolejną godzinę wysłuchiwałem historyjek o bajecznych odszkodowaniach, które firma X wypłaciła poszkodowanym. Po wyjściu „przyjaciela” postanowiłem natychmiast zakończyć współpracę z firmą X wypowiadając na piśmie umowę przed zakończeniem pełnego okresu ubezpieczenia. W efekcie dostałem od Pana Anatola jeszcze jeden telefon z prośbą o wyjaśnienie i zachętą do wycofanie pisma, przynajmniej do czasu upływu pełnego okresu umowy. Myślę, że była to desperacka i nieelegancka próba utrzymania wymykającej się prowizji…Nie zgodziłem się, ale też nigdy więcej, ani w urodziny, ani w święta „przyjaciel” Anatol do mnie więcej nie zadzwonił.

Teraz wziąłem sprawy we własne ręce z przekonaniem, że samemu pójdzie mi sprawniej. Błąd #4! Niestety, potyczki z firmą X miały trwać jeszcze przez ponad rok… Mam wrażenie, że działanie na zmęczenie klienta jest typowym schematem postępowania firm ubezpieczeniowych, szczególnie, gdy pojawiają się większe kwoty do wypłaty. Na początku dostawałem rozciągnięte w czasie mętne prośby o dostarczenie pełnej dokumentacji medycznej, tak jakby ewentualna operacja na uchu była powiązana z opadaniem stopy. Po kilkumiesięcznej wymianie pism zostałem zaproszony na „komisję” lekarską, która składała się z jednego, mrukliwego Pana neurologa. Pan popatrzył na moją bezwładną stopę, coś tam zanotował i podziękował mi, po czym po kilku tygodniach dostałem informację na piśmie z firmy X, że w wyniku badania lekarza orzecznika mój wniosek o wypłatę ubezpieczenia został oddalony jako bezzasadny! To już było grube przegięcie, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie odpuszczę. Chyba w tym momencie skonsultowałem się z adwokatem  w  kwestii interpretacji warunków ubezpieczenia. Podzielił on mój punkt widzenia, że wypłata odszkodowania jak najbardziej mi się należy . Poprosiłem też o dalsze pilotowanie sprawy licząc, że pisma od prawnika zrobią na firmie X większe wrażenie. Następnie udałem się po fachową opinię i zaświadczenie o permanentnej niepełnosprawności  wynikającej z opadania stopy do dr hab. neurologa Kazimierza Tomczykiewicza. Na podstawie jego diagnozy wysłanej do firmy X przez adwokata, wypłaciła ona bez słowa należne odszkodowanie. Sądzę, że w centrali X ktoś przeliczył, że prawdopodobieństwo wygrania procesu jest bardzo niskie i czas przestać  przeciągać linę, bo jeśli sprawa trafi do sądu, to koszty będą tylko większe.

Moje wnioski z opisanej wyżej historii są takie, że firmy ubezpieczeniowe to instytucje komercyjne (czyli nastawione na zarabianie pieniędzy), a nie charytatywne. Uśmiechy komiwojażerów pokroju Pana Anatola oraz ich zapewnienia o gruntownej ochronie ubezpieczeniowej, którą jest się objętym, sypią się głównie przy inkasowaniu pieniędzy za sprzedaż polisy. Gdy stanie się nieszczęście i pieniądze należy wyłożyć, to sprawy są często komplikowane i przeciągane, aby wypłaty były jak najmniejsze lub żadne. To w sumie dość oczywiste, ale często nie myślimy o tym, gdy wszystko jest dobrze. Przed zawarciem jakiejkolwiek umowy ubezpieczenia sugeruję gruntownie przeczytać i ewentualnie skonsultować z kimś kompetentnym wszystkie napisane drobnym druczkiem wykluczenia, aby mieć względną pewność na wypadek czego jesteśmy ubezpieczeni. Gdy znajdziemy się w sytuacji, w której jesteśmy pewni, że ubezpieczenie nam przysługuje, przede wszystkim nie należy odpuszczać! Firmy ubezpieczeniowe prowadzą często grę na zmęczenie przeciwnika, ale mając przekonanie o swojej racji należy tę grę podjąć. Jak pokazuje mój przykład, odmowa wypłaty odszkodowania nie zamyka spawy, ale ma zniechęcić do kolejnych kroków, na co ewidentnie liczyła firma X. Należy być wytrwałym i cierpliwym, ale też nie wahać się, jeśli koniecznie jest wynajęcie prawnika i skierowanie sprawy do sądu. Niestety, wydaje mi się, że do tego etapu docierają nieliczni.

P.S. Z moich obserwacji wynika, że tam gdzie możliwe jest podłączenie się do pieniędzy z cudzego odszkodowania, działają różnej maści „kancelarie” odszkodowawcze. Uwaga! Ich pomoc zwykle sprowadza się do wysłania pism, które poszkodowany z powodzeniem możne napisać samodzielnie bez większej wiedzy prawnej lub po niedrogiej konsultacji z adwokatem. Za taką usługę owe „kancelarie” liczą sobie do kilkudziesięciu procent należnego odszkodowania. W większości przypadków nie ma się co łudzić, że będą one za nas walczyć w sądzie – w tym biznesie nie o to chodzi. Proces kosztuje czas i pieniądze. Dużo łatwiej odcina się kupony z prostych spraw odszkodowawczych wysyłając w imieniu naiwnego poszkodowanego pisma o wypłatę odszkodowania, które i tak mu się należy…

8. Opadająca stopa a orzeczenie o stopniu niepełnosprawności cz.2

Opadająca stopa a orzeczenie o stopniu niepełnosprawności cz.2

Po zamieszczeniu poprzedniego wpisu odezwał się do mnie kolega z dużo dłuższym, bo około 25 letnim, stażem z opadającą stopą. Zwrócił mi uwagę, że jego zdaniem przedstawiłem zbyt sielankowy obraz problemu. Ten obraz jest, na moje szczęście, prawdziwy dla mnie, ale w zależności od konkretnego powodu opadania stopy, rzeczywiście może być zbyt optymistyczny. Na przykład, stopa może opadać zarówno w wyniku długotrwałego/silnego ucisku na nerw strzałkowy (patrz wspominani przeze mnie wcześniej zbieracze truskawek), ale może też być następstwem poważnych urazów powstałych w wyniku wypadku komunikacyjnego. Trudno oczekiwać, że te przypadki będą do siebie bardzo podobne… W następstwie wypadków czasami dochodzi do tak silnego uszkodzenia nerwu, że zostaje on przerwany, a chory traci czucie. Zerwanie może  nastąpić na różnych poziomach – może dotyczyć tylko nerwu strzałkowego (jeśli uraz nastąpił nisko), ale też kulszowego (jeśli uraz miał miejsce powyżej kolana). Przy poważnych uszkodzeniach nerwu kulszowego chory może całkowicie stracić czucie w okolicach stopy i nigdy go nie odzyskać. Nie pracują wówczas także inne mięśnie odpowiadające za ruch stopy. Jest ona całkowicie bezwładna i niestety właśnie tak wygląda sytuacja u mojego kolegi.

W opisanym wyżej scenariuszu pojawiają się problemy, które są mi obce. Nie mając czucia można na przykład poparzyć się i dowiedzieć o tym dopiero patrząc na pęcherze na skórze. Trudniejsze jest trzymanie równowagi, szczególnie boso, bo nie ma się czucia podłoża, więc łatwiej się pośliznąć np. na basenie. Brak czucia może również prowadzić do odmrożeń, ale także niedokrwienia, jeśli założy się zbyt ciasne buty lub zbyt mocno je zasznuruje.

Innym problemem, z którym należy się liczyć, jest puchnięcie stopy, szczególnie w upalne dni. Wydaje mi się, że wynika to z faktu pogorszonego krążenia. Od jednego z ortopedów usłyszałem kiedyś, że w zdrowej nodze działa tzw. „pompa mięśniowa”, która pomaga sercu tłoczyć krew w nogach. Przy opadającej stopie jej działanie jest zaburzone. Problem puchnącej stopy dotyczył mnie przez około rok po wypadku, ale z czasem, gdy zacząłem się więcej ruszać, zniknął. Wspomniany wyżej kolega, zmaga się z nim od 25 lat tak, że czasem nie może włożyć nogi do buta. Nie ma więc prostych, powtarzalnych objawów związanych z opadaniem stopy… te, których doświadczamy, będą nieco inne w zależności od rodzaju i rozległości urazu. Jest natomiast, co również podkreśla mój znajomy, sprawdzona metoda radzenia sobie z opadającą stopą – orteza z włókna węglowego.

7. Opadająca stopa a orzeczenie o stopniu niepełnosprawności cz.1

W tym wpisie chciałbym podzielić się własnymi doświadczeniami w kwestii uzyskania orzeczenia o stopniu niepełnosprawności związanego z opadająca stopą.

Kilka miesięcy po wypadku, gdy już w miarę stanąłem na nogi, było dla mnie jasne, że jestem…niepełnosprawny. Brzmi to dość okrutnie i całkowicie sprawnym ludziom, jak ja kiedyś, od razu nasuwają się skojarzenia z wózkiem inwalidzki i rentą. Na szczęście przy opadającej stopie bez innych powikłań i urazów nie jest tak źle! Oczywiście stopa przypomina o sobie bólem, szczególnie przy wstawaniu z łóżka rano, jak opisywałem wcześniej, ale poza tym można się do niej przyzwyczaić i prowadzić dość, jeśli nie całkowicie, normalne życie. Wiąże się z tym jednak kilka ograniczeń. Na przykład nie da się już być biegaczem, nawet rekreacyjnym, bo nawet najlepsza węglowa orteza AFO na dłuższą metę tego nie wytrzyma. W dobrej ortezie można za to zupełnie normalnie, a nawet szybko, chodzić. Jeśli trzeba okazjonalnie podbiec to tramwaju czy autobusu, to też się da. Można za to całkowicie normalnie i bez kompromisów jeździć na rowerze – zarówno w ortezie, jak i bez.

Za formalną niepełnosprawnością, poza faktem deficytów fizycznych, zawsze muszą iść „papiery”. Oznacza to, że aby być oficjalnie uznanym za niepełnosprawnego, należy uzyskać orzeczenie o stopniu niepełnosprawności. W zależności od przyznanego stopnia niepełnosprawności orzeczenie jest podstawą do różnych przywilejów. Można np. mieć ulgi podatkowe na wydatki rehabilitacyjne, ale również, szczególnie przy uszkodzeniach narządu ruchu, co na miejsce przy opadającej stopie, dostać niebieską kartę parkingową uprawniającą do parkowania na tzw. „kopertach”. Jest to cenny przywilej, szczególnie w dużych miastach!

Aby uzyskać orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, należy zgłosić się z aktualną dokumentacją medyczną i opinią lekarską do regionalnego Centrum Osób Niepełnosprawnych – np. w Warszawie jest to tzn. SCON (Stołeczne Centrum Osób Niepełnosprawnych przy ul. Generała Władysława Andersa 5). Niestety, z mojego doświadczenia wynika, że cały proces jest mocno sformalizowany i kłopotliwy, szczególnie dla osób o znacznej niepełnosprawności ruchowej. Podczas pierwszej wizyty należy złożyć wniosek i dokumenty. Potem urząd ma czas na zapoznanie się z nimi i w miarę potrzeby zażądanie uzupełnienia. Następnie, zwykle po kilku tygodniach, wyznaczany jest termin komisji lekarskiej orzekającej o stopniu niepełnosprawności. Komisja składa się z zwykle z lekarza orzecznika i pracownika socjalnego – pierwszy wykonuje badania, a drugi wywiad środowiskowy. W wyniku przeprowadzonych badań lekarz orzecznik przyznaje określony stopień niepełnosprawności i przypisuje mu kody choroby. Przy opadającej stopie, jak w moim przypadku, jest to stopień umiarkowany z kodami 05-R (upośledzenie narządu ruchu) i 10-N (choroby neurologiczne). To jeszcze jednak nie koniec procesu… Teraz, przed możliwością złożenie wniosku o kartę parkingową, czy korzystania z innych przywilejów, należy odczekać około 2 tygodnie na uprawomocnienie się decyzji administracyjnej. Dopiero wtedy można złożyć wniosek o kartę parkingową, a następnie znów odczekać około 2 tygodnie na jej wydanie. Karty niestety odbiera się osobiście, bądź za pisemny upoważnieniem – tak czy owak ktoś musi się w urzędzie pojawić. Jak wynika z powyższego cała procedura jest bardzo żmudna i kłopotliwa, szczególnie dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich… Mam nadzieję, że w dobie wszechobecnego Internetu, płatności internetowych oraz składania rozliczeń podatkowych on-line urzędy obsługujące niepełnosprawnych również, choć częściowo, pójdą z duchem czasu… Jest to szczególnie ważne w stosunku do osób o znacznym stopniu niepełnosprawności ruchowej!

6. Metody docinania stopki ortezy na opadającą stopę

Metody docinania stopki ortezy na opadającą stopę

Pod koniec poprzedniego wpisu #5 wspomniałem, że wbrew licznym reklamom, moim zdaniem nie da się dobrze przyciąć do kształtu stopki kompozytowej ortezy na opadającą stopę używając samych nożyczek… Zdjęcia poniżej ilustrują metody, które są moim zdaniem najlepsze do tego celu, a jednocześnie większość z nich powinna być łatwo dostępna dla przeciętnego majsterkowicza.

UWAGA: Przy cięciu i/lub szlifowaniu kompozytów powstaje pył – należy zabezpieczyć przed nim  drogi oddechowe!

Metody docinania stopki ortezy na opadającą stopę

 

5. Orteza na opadającą stopę – refleksje o reklamie i sprzedaży

Od założenia bloga minęło już kilka tygodni. Postanowiłem zorientować się na ile skutecznie przebiłem się do szerszego grona z tematem radzenia sobie z opadającą stopą wpisując w wyszukiwarce Google hasło ‘orteza na opadającą stopę’. Nie jest źle – wylądowałem gdzieś na piątej stronie wyników wyszukiwania… Przyznaję, że jestem pod wrażeniem skuteczności, z jaką w wyszukiwarce lansują się wszelkiej maści sklepy z zaopatrzeniem medycznym – pierwsze 1-2 strony to właściwie tylko oferty sklepów. Czasem trafi się jakiś link do forum z pokrewnym wątkiem.

Niektóre ze sklepów zainwestowały w naprawdę dobre pozycjonowanie – wpisując praktycznie dowolną frazę związaną z opadającą stopą lub nerwem strzałkowym można być pewnym, że link do ich oferty będzie zawsze w czołówce. Inni handlowcy, oferujący konkurencyjne produkty, mają z kolei ciekawą praktykę zakładania własnych „mini blogów”. Umieszczają na nich kilkuzdaniowe peany na cześć wyrobu, którego akurat są dystrybutorem. No cóż, reklama dźwignią handlu…

W większości tych ofert bawią mnie niezmiernie zamieszczane zdjęcia – młode, zdrowe łydki modeli bez ubytku masy mięśniowej… Opisy też bywają komiczne, bo co np. oznacza, że ‘orteza na opadającą stopę jest bardzo wygodna’? Bardzo wygodnie to się chodzi na zdrowej, niezbyt zmęczonej nodze, najlepiej jeszcze w świetnych butach. Orteza na opadającą stopę ma być znośna, co przede wszystkim oznacza, że ma nie uwierać i nie obcierać nogi. Nie ma się co łudzić, że z ortezą będzie nam lepiej niż ze zdrową nogą. Podobnie jak nie oczekujemy, że w fastfoodzie dostaniemy kanapkę wyglądającą jak ta ze zdjęcia w menu. 🙂

Prawda jest taka, że większość, jeśli nie wszystkie, dostępne na polskim rynku tzw. dynamiczne ortezy na opadającą stopę produkowane są przez kilka zagranicznych firm. Pomijam „ortezy” plastikowe, bo te, jak już kilkukrotnie wspominałem, nie nadają się do codziennego użytkowania. Każda z tych firm stosuje nieco inne rozwiązania, ale łączy je to, że produkują swoje wyroby masowo mając określoną rozmiarówkę. Jeśli podobają Ci się rozwiązania jednej z nich, ale nie możesz dopasować pod siebie konkretnej ortezy, bo np. masz nietypową/zdeformowaną stopę, to nie łudź się, że dostosują wyrób pod Twoje wymagania. Lepiej od razu zacznij rozglądać się za innym modelem tego, bądź innego producenta. Sklepy, które tak dobrze reklamują się w Internecie, są po prostu dystrybutorami. Ściągną dla Ciebie określony model i rozmiar, przy okazji pobierając za to marżę. Niektóre być może pomogą z dopasowaniem stopki ortezy i tyle.

Z przycinaniem stopki to w ogóle jest ciekawy temat. W opisie niektórych ortez można natknąć się na zapewnienie, że możliwe jest łatwe przycięcie stopki nożyczkami. Życzę powodzenia i baaaardzo dużych nożyczek! Z mojego doświadczenia wynika, że najlepsze do tego celu jest narzędzie typu Dremel z okrągłą końcówką z grubym papierem ściernym. Za jego pomocą najłatwiej doszlifować stopkę ortezy do odpowiedniego rozmiaru. Niezłą alternatywą dla Dremela jest stacjonarna szlifierka ze średnim lub grubym kołem szlifierskim. Można sobie też poradzić grubym pilnikiem, ale nie jest to zbyt wygodne. W każdym przypadku doszlifowane krawędzie stopki należy zaokrąglić papierem ściernym. Bez tego będą się one wcinać w buty i skutecznie je niszczyć.

Więcej szczegółów odnośnie dopasowania stopki ortezy można znaleźć w kolejnym wpisie klikając tutaj.

Link: Artykuł o uszkodzeniu nerwu strzałkowego

Kompleksowy artykuł o uszkodzeniach nerwu strzałkowego z portalu wylecz.to: http://wylecz.to/pl/choroby/uklad-kostno-stawowy/uszkodzenie-nerwu-strzalkowego.html#popupClose

4. Orteza/łuska na opadającą stopę – jak wybrać?

We wpisie #3 wspomniałem, że moim zdaniem najlepszym wyborem, gdy konieczna jest tzw. łuska na opadającą stopę , jest orteza wykonana z włókna węglowego. Ortezy plastikowe kuszą kilka razy niższą ceną (około 100-200zł). W codziennej eksploatacji zupełnie się jednak nie sprawdzają ze względu na uwieranie, obcieranie i stosunkowo niską trwałość.

Nie dajcie się zwieść zapewnieniom sprzedawców, że taka orteza jest wygodna i cienka… Plastik jako materiał jest mało sztywny. Aby mógł pewnie podtrzymywać stopę należy znacznie zwiększyć grubość w porównaniu do ortezy wykonanej z włókna węglowego. To z kolei powoduje trudności ze zmieszczeniem ortezy w bucie o rozmiarze, który się normalnie nosi. Mój wniosek jest następujący: jeśli musisz stosować ortezę do czasowego odciążenia nogi na czas rehabilitacji, ale zachowałeś lub jest wysokie prawdopodobieństwo, że odzyskasz władzę w stopie, to orteza plastikowa może się dla Ciebie sprawdzić. Jeśli jednak masz przed sobą kilkumiesięczną lub dłuższą perspektywę chodzenia w ortezie, to szczerze odradzam ortezy plastikowe, szczególnie uniwersalne.

Skupmy się na ortezach zbrojonych włóknem. W praktyce do dyspozycji mamy trzy rodzaje włókna: węglowe (tzw. carbon), szklane i aramidowe (tzw. Kevlar). Uważam, że najlepszym rozwiązaniem ze względu na masę i sztywność jest orteza wykonana w całości z włókna węglowego. Takie ortezy to jednak rzadkość, bo włókno węglowe jest najdroższe, a producenci chcąc pozostać konkurencyjni, stosują tańsze materiały. Najatrakcyjniejszym z nich, jeśli chodzi o cenę, jest włókno szklane, które jest nawet 10 razy tańsze od węglowego. Konsekwencją zastosowania mniej sztywnego włókna szklanego jest większa grubość ortezy w porównaniu do jej w pełni węglowego odpowiednika. Nie powoduje to, że taka orteza jest zła. Jednak wzrost grubości, szczególnie stopki ortezy, przekłada się na mniejszą wygodę użytkowania – im grubsza stopka, tym orteza bardziej uwiera w bucie, więc trudno ją nosić przez dłuższy czas. Moim zdaniem warto szukać ortez z możliwie cienką stopką, co pośrednio wymusza zastosowanie lepszego materiału.

Kevlar w ortezie wydaje mi się chwytem marketingowym – jest to materiał tylko nieznacznie tańszy od włókna węglowego, mniej sztywny, a jednocześnie bardzo trudny w obróbce, co podnosi koszty produkcji. Sądzę, że z tych właśnie powodów nie ma na rynku ortez wykonanych w całości z kevlaru (bardzo proszę o informację, jeśli coś z czytających spotkał się z takim rozwiązaniem). Niektórzy producenci twierdzą jednak, że ich produkty zawierają elementy kevlarowe.

Często ortezy są mieszanką materiałów wymienionych wyżej, co jest kompromisem pomiędzy optymalnymi parametrami a możliwe niskim kosztem produkcji. Przed zakupem warto zapytać sprzedawcy, a jeszcze lepiej, przeczytać opis producenta odnośnie użytych materiałów. Na rynku są dostępne ortezy w całości wykonane z włókna szklanego, które barwi się na czarno – moim zdaniem po to, aby imitowało droższe włókno węglowe. Producent informuje jednak w instrukcji, jakie materiały zostały użyte do produkcji.

Łuska na opadającą stopę – rodzaje i kryteria doboru

Bardzo ważnym kryterium wyboru ortezy jest to, czy orteza ma opierać się o nogę z przodu czy z tyłu. Uważam, że przy prostym uszkodzeniu nerwu strzałkowego (stopa opada, ale jest stabilna na boki i zachowany jest ruch w dół) orteza z przednim podparciem jest niewłaściwa. Przy ruchu stopą w dół taka orteza ma tendencję do odsuwania się od nogi, a mocujące ją paski i/lub rzepy dodatkowo wpijają się w łydkę. Ortezy z przednim podparciem, szczególnie masywne i sztywne, utrudniają prowadzenie samochodu. Ograniczają bowiem lub eliminują możliwość wykonania ruchu stopą w dół. Zaletą ortez z przednim podparciem jest to, co jest jednocześnie ich wadą – duża sztywność. W efekcie mogą być lepsze przy silnych niedowładach, szczególnie takich, gdy ruch stopy jest całkowicie zniesiony, zarówno w górę, jak i w dół. Dodatkowo, pałąk takiej ortezy zwykle przebiega po zewnętrznej części stopy, przez co może być łatwiej znaleźć ortezę, która nie uwiera.

Orteza z podparciem z tyłu pozwala w pełni wykorzystać zalety materiału kompozytowego. Zapewnia sztywność niezbędną do podtrzymania stopy, ale jednocześnie jest podatna na jej nacisk w dół. To ogromna zaleta, jeśli porażony/uszkodzony jest tylko nerw strzałkowy. Stopa może wtedy poruszać się w dół dzięki sile tylnych mięśni łydki, a powracać do góry dzięki sprężystości ortezy. Bardzo ułatwia to prowadzenie samochodu, jak i poruszanie się po schodach. Dodatkowo, orteza z tylnym podparciem przylega do łydki wyściółką, która zwykle jest miękka i szeroka. Przy ruchu stopą w dół, orteza z podparciem z tyłu mocniej naciska na nogę właśnie przez wyściółkę. To samo dzieje się przy stawaniu na pięcie. W przeciwieństwie do pasków/rzepów w ortezie z przednim podparciem, szeroka i miękka wyściółka nie wpija się w nogę. Prosta łuska na opadającą stopę z tylnym podparciem może jednak nie być dobrym wyborem przy niestabilności w kostce i silnych niedowładach.