14. Warszawska tragikomedia sądowa z (prze)biegłym w tle – część 1

biegły Jacek Złotorzyński, wiceprezes Dariusz Dąbrowski, sędzia Monika Louklinska, sędzia Marta Bujko, prokurator Ewa Budny
Pismo od wiceprezesa Sądu Okręgowego w Warszawie, sędziego Dariusza Dąbrowskiego, z dnia 2018/02/06.

Kilka dni temu zdałem sobie sprawę, że 2018/11/13 minął już rok, od kiedy opracowałem pamiętny slajd (do obejrzenia tutaj: http://opadajacastopa.pl/5-wypadku-minelo-jeden-dzien/), dobitnie przedstawiający (nie)kompetencję mojego ulubionego „biegłego” sądowego z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych, inż. Jacka Złotorzyńskiego, w zakresie elementarnych podstaw fizyki. Celowo nie piszę już „mgr inż.”, choć tak jest od lat tytułowany na oficjalnych listach biegłych warszawskich Sądów Okręgowych (SO). Okazało się, że magisterium to on owszem ma, ale z organizacji i zarządzania, a nie inżynierii – o tym jednak później. Myślałem sobie wówczas: „No, wreszcie pani sędzia Monika Louklinska z VIII Wydziału Karnego Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa zrozumie, że wszystkie obliczenia „biegłego” to wierutne bzdury – trzeba jej tylko pomóc!”. Czas pokazał, jak bardzo się myliłem… Nasz tzw. „wymiar sprawiedliwości”, w wydaniu warszawskim, zapewnił mi jednak szalenie ciekawą lekcję/rozrywkę pełną absurdów i zwrotów akcji. O tym właśnie chcę napisać, bo bez nagłaśniania podobnych historii nie ma szans na żadne zmiany ku lepszemu.

Uzbrojony w slajd i kilka innych niepodważalnych, i kompromitujących faktów, w dniu 2017/12/01 napisałem wniosek do prezesa SO w Warszawie pani sędzi Joanny Bitner o niepowoływanie „biegłego” na kolejną kadencję, m.in. ze względu na skandaliczne braki wiedzy z fizyki na poziomie szkoły podstawowej.  Zorientowałem się bowiem, że 5-letnia kadencja „biegłego” upływała wraz z końcem 2017 r. Czy coś to dało? Oczywiście, że nie! Sprawą zajął się wiceprezes SO w Warszawie pan sędzia Dariusz Dąbrowski, który „biegłego” ostatecznie ponowie powołał z dniem 2018/02/01. Koronnym argumentem do umycia rąk przez kierownictwo SO, które jednak samodzielnie podejmuje decyzje w zakresie wpisywania biegłych na listy, był fakt, że tylko organ procesowy jest uprawniony do oceny pracy biegłych sądowych. Organ procesowy, czyli kto? Ano w tym przypadku pani sędzia Monika Louklinska, przewodnicząca postępowaniu VIII K 650/14. Czyż to nie pokrętne? Prezesi SO wpisują biegłych na listy, autoryzując w ten sposób ich działania i umożliwiając opiniowanie na potrzeby prokuratur i sądów. Nie weryfikują jednak rzeczywistych kompetencji. Tymczasem ani prokurator, ani sędzia liniowy może nie mieć bladego pojęcia o czym taki biegły pisze/mówi, więc ten, zwykle bezkarnie, może im wciskać kit! To nawet zabawne w swojej absurdalności, ale warto mieć świadomość, że do więzienia można trafić zarówno na podstawie opinii osoby rzetelnej, jeśli taki biegły przypadkiem się trafi, jak i skrajnego ignoranta. A jednak pan sędzia Dąbrowski zweryfikował kompetencje „biegłego” Złotorzyńskiego! Niestety, nie skorzystał w tym celu z książki „Świat fizyki – klasa 7” Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, ale wysłał zapytania o ocenę pracy „biegłego” do wydziałów SO i Sądów Rejonowych okręgu. Zadał nawet pytanie prezesowi SO Warszawa-Praga. W odpowiedzi otrzymał same peany, jaki to „biegły” jest dobry i rzetelny. Jak terminowo przedkładał opinie. Jaką pozytywną opinią się cieszy. Mam je wszystkie. Uzyskałem na drodze dostępu do informacji publicznej. Czy to możliwe, że tylko w mojej sprawie panu Jackowi zapomniało się wiedzy z podstawówki?! A może… żaden inny sędzia, w żadnych innym postępowaniu, nie połapał się, że miał do czynienia z sądowym odpowiednikiem Nikodema Dyzmy?!

Na dowód powyższych słów załączam pismo otrzymane od pana wiceprezesa Dąbrowskiego datowane na 2018/02/06. W moim przekonaniu pokazuje ono, że pan wiceprezes albo nie był w stanie, albo nie chciał odróżnić pojedynczego postępowania, w zakresie którego rzeczywiście nie może interweniować, od znacznie większego dobra, jakim jest utrzymywanie na liście SO wyłącznie kompetentnych, moralnie i merytorycznie, biegłych sądowych. W tej drugiej kwestii zdecydowanie mógł podjąć kroki, bo powołanie „biegłego” Złotorzyńskiego na kolejną, 5-letnią kadencję było jego decyzją. Wystarczyło potraktować moje zarzuty serio i wziąć do ręki książkę z podstawówki.

Idźmy dalej, bo jesteśmy dopiero na początku roku, a tyle jeszcze się wydarzyło! Otóż 2018/02/01 odbyła się pamiętna rozprawa nr 13 (numeruję je sobie, aby nie zaginąć), na której sędzia przewodnicząca Louklinska wygłosiła wiekopomne oświadczenie, że z fizyką miała „ostatni raz do czynienia w szkole średniej, zresztą z małym zainteresowaniem i zrozumieniem”. Abstrahując od pytania „Czy sędziemu w ogóle godzi się wygłaszać takie deklaracje?”, zwłaszcza gdy ma to znaczenie dla rozstrzygnięcia a rozprawa jest rejestrowana audio i wideo, to warto przedstawić kontekst sytuacyjny. Jest to prosta sprawa o wypadek drogowy, gdzie nie było ofiar śmiertelnych, a jedynym poszkodowanym byłem ja. Pani prokurator Ewa Budny z Prokuratury Rejonowej (PR) dla Warszawy-Mokotowa, na podstawie opinii tego samego „biegłego” (a jakże!), nie dopatrzyła się winy kierowcy samochodu, który zajechał mi drogę. Następnie winy nie dopatrzyła się pani sędzia Marta Bujko, koleżanka sędzi Louklinskiej z VIII Wydziału Karnego SR dla Warszawy-Mokotowa, która odrzuciła wniesiony prywatny/subsydiarny akt oskarżenia jako bezzasadny, twierdząc, że przecież „dream team” Temidy w składzie „biegły” Złotorzyński i prokurator Budny już gruntownie wyjaśnił sprawę! W apelacji postanowienie sędzi Bujko zostaje jednak uchylone, m.in. dlatego, że miejsce wypadku przedstawione przez „biegłego” Złotorzyńskiego nie pokrywa się z materiałem dowodowym. Mówiąc wprost: „biegły” przyjął je fałszywie, co mniej dobitnie, ale bardzo szczegółowo, zostało opisane w pismach procesowych. Ma to ogromne znaczenie, gdyż zmienia stan prawny i związaną z nim kwestię odpowiedzialności kierowcy samochodu. Ten prosty i wielokrotnie podkreślany fakt nie dość, że został zignorowany przez prokurator Budny (był podnoszony w adresowanym do niej wniosku o opinię uzupełniającą), to nie dostrzegła go również sędzia Bujko. O czym to świadczy? W moim przekonaniu o tym, że pism procesowych ani prokurator Budny ani sędzia Bujko albo nie przeczytały, albo też obie panie chciały podtrzymać z góry założoną tezę, która byłaby wygodna dla tzw. „wymiaru sprawiedliwości” – jechał motocyklem i sam jest sobie winien. Czemu wygodna? Bo prokurator nie musiałby prowadzić z urzędu skomplikowanego postępowania, gdzie współwinne są obie strony, ale tylko jedna, czyli motocyklista, jest poważnie poszkodowana. Wystarczy zwalić całość winy na niego i po kłopocie. Do tego potrzeba jednak podkładki w postaci opinii życzliwego „biegłego”, aby nie wziąć na siebie bezpośredniej odpowiedzialności i umorzenie gotowe! Jestem przekonany, że nikt tu nikogo nie przekupił, ani też nie był znajomym królika. Tak działa dysfunkcyjny system. Stanem faktycznym zainteresował się dopiero sąd odwoławczy i postępowanie karne mogło wreszcie ruszyć. Sprawy tego kalibru typowo rozwiązuje się na góra kilku posiedzeniach. Sędziowie rejonowi, szczególnie w dużych miastach, mają przepełnione referaty. Nie wątpię, że sędzia Louklinska jest przepracowana – prawdopodobnie prowadzi po kilkaset spraw rocznie. Tymczasem ten „pryszcz” ciągnie się już czwarty rok i psuje jej statystykę, bo trafiło na trudnego petenta. Pech chciał, że nie tylko jest uparty, ale jeszcze inżynier lotnictwa z kilkunastoletnim stażem pracy w przemyśle, który kwestionuje kompetencje „biegłego”! W dodatku postanowił „biegłego” gruntownie, merytorycznie odpytać – robi to już 7. rozprawę z rzędu i końca nie widać (w sądzie biegłego typowo słucha się raz, góra dwa). Zrobiłem tak dlatego, gdyż sędzia Louklinska nie zrozumiała (podobnie jak wcześniej jej koleżanka po fachu, sędzia Marta Bujko) żadnych, choć licznych,  tłumaczeń o sfałszowaniu przez „biegłego” miejsca zaistnienia wypadku. I to pomimo wskazania jej oczywistych przekłamań  – najpierw palcem na zdjęciach podczas rozprawy, a potem na slajdach z cytatami z akt, dodatkowo zilustrowanych kolorowymi obrazkami! Więcej, gdy mój pełnomocnik zgłosił na rozprawie wniosek, aby Sąd zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przez „biegłego” przestępstwa, to został przez sędzię Louklinską pouczony aby ważył słowa, bo może być uznane, że „biegły” jest zastraszany. To nie żart, a cytat z protokołu rozprawy!

Ponieważ dowody zdjęciowe zostały przez sędzię Louklinską zignorowane, to zdecydowałem się uderzyć w coś absolutnie niepodważalnego – prawa fizyki, których „biegły” w swoich opiniach nie respektuje, bo ich prawdopodobnie nie rozumie. Pani sędzia dysponowała wspomnianym wyżej slajdem od połowy listopada 2017 r. Miała dużo czasu na jego przemyślenie. Niestety, najwidoczniej tego nie zrobiła i/lub nie wyciągnęła żadnych wniosków, bo jedyne na co ją było stać, to dać ujście frustracji poprzez komentarz, jednoznacznie wskazujący, gdzie ona te prawa fizyki ma. Zawodowy kabareciarz by tego lepiej nie powiedział. Śmiałem się do rozpuku. Pełnomocnicy się śmiali. Ba, nawet „biegły” się śmiał, choć jego sytuacja robiła się coraz poważniejsza i do śmiechu mu być zdecydowanie nie powinno. I tak oto, zgodnie z pismem pana wiceprezesa Dąbrowskiego, organ procesowy dokonał merytorycznej oceny opinii „biegłego” sądowego w obszarze swoich kompetencji. Nie mam co do tych „kompetencji” najmniejszych wątpliwości!

Co pokazuje powyższa historia? Prezesi SO merytorycznych kwalifikacji biegłych nie weryfikują, bo nie mają do tego narzędzi, tylko uznaniowo wpisują ich na listy na podstawie papierów, które tamci dostarczą/skombinują. Mogą to być papiery prawdziwych profesjonalistów, ale też szarlatanów i pozerów. Kto to sprawdzi? Nikt, bo nie ma do tego odpowiednich regulacji systemowych. Tymczasem w sądzie rejonowym, na pierwszej linii frontu, sędzia może się w ogóle nie zastanawiać czy dana opinia ma sens, bo np. przyjmuje za pewnik, że biegły to ekspert – jest na liście biegłych, inaczej by na niej nie był, proste! Koło się zamyka. Biegli praktycznie wydają wyroki! Mam podejrzenie, że wielu sędziów opinii biegłych w ogóle nie czyta, bo nie ma na to czasu/ochoty – interesują ich tylko wnioski. Najlepiej definitywne, bo takie zdejmują z nich bezpośrednią odpowiedzialność. Więcej, zgodnie z wcześniejszym przykładem, rozdrażniony sędzia może wprost przyznać, że nie zna się na zagadnieniu, które sądzi i w ogóle go ono nie interesuje. Cud jeśli ma czas, aby być na bieżąco z aktami. Trudno się dziwić. Ma setki spraw do przerobienia. Jest przepracowany i sfrustrowany, a trudny petent, uporczywie kwestionujący opinie (prze)biegłego, tylko mu tej pracy i frustracji dodaje. W tych warunkach przestaje mieć znaczenie, po której stronie jest prawda, bo postępowanie nie proceduje, a przecież to jest najważniejsze. Statystyka się psuje! Uważam, że podobne mechanizmy stoją za niektórymi skandalicznymi wyrokami, jak choćby w sprawie Tomasza Komendy. Zapewne wszystkie formalizmy procedury karnej zostały tam dopełnione – prokurator oskarżył, biegli wypowiedzieli się i pobrali wynagrodzenia, tylko fakty się nie zgadzały – taki tam, drobny szczegół…

C(iąg) D(alszy) N(astąpi), a w nim, między innymi:

– w wyniku uporczywego podtrzymywania fałszywych obliczeń/opinii „biegły” Złotorzyński traci posiadany od 15 lat certyfikat rzeczoznawcy samochodowego, który był istotną przesłanką do ustanowienia go biegłym przy obu warszawskich SO, a Ministerstwo Infrastruktury skreśla go z ogólnopolskiej listy rzeczoznawców samochodowych,

– za te same fałszywe obliczenia/opinie pani sędzia Monika Louklinska lekką ręką wypłaca „biegłemu” pełne wynagrodzenie, choć została wcześniej pisemnie poinformowana, że ten utracił ww. uprawnienia,

– na mój wniosek Prokuratura Okręgowa w Warszawie przeprowadza wewnętrzną kontrolę postępowania prowadzonego przez prokurator Budny, uznaje moje racje i nakazuje PR dla Warszawy-Mokotowa przyłączyć się do oskarżenia,

– zostaje wszczęte śledztwo z art. 233 par. 4 k.k., czyli świadomego składania  przez „biegłego” fałszywych zeznań przed Sądem,

– prezesi obu warszawskich SO wszczynają wobec „biegłego” postępowania wyjaśniające, ale jednocześnie miesiącami (do dziś!) utrzymują go na stanowisku, umożliwiając nieograniczone opiniowanie w postępowaniach prokuratorskich i sądowych – nie zostaje nawet czasowo zawieszony,

– sędzia Louklinska odmawia wydania mi nagrań obrazu z jawnych rozpraw, co jest sprzeczne z art. 147 par. 4. k.p.k.

Takie rzeczy prawdopodobnie (nie)tylko w Warszawie! Dalej twierdzę, że to, co mnie spotkało, jest marginesem, a nie normą. Absurdy trzeba jednak piętnować, aby polskie sądownictwo reformować w sposób rzeczywisty, a nie tylko w politycznych deklaracjach…

* Wszystkie powyższe twierdzenie poparte są faktami (oficjalne dokumenty i nagrania). Jeśli wymienione wyżej z imienia i nazwiska osoby, pełniące funkcje publiczne, czują się bezpodstawnie pomówione, to zachęcam do wystąpienia przeciwko mnie na drogę prawną. Sprawę upubliczniam w obronie społecznie uzasadnionego interesu. Nie zgadzam się na funkcjonowanie instytucji biegłego sądowego w obecnym kształcie i oczekuję, że Ministerstwo Sprawiedliwości wreszcie coś z tym zrobi. Nie zgadzam się również na uznaniowe traktowanie faktów, dowodów i elementarnej wiedzy przez prokuratorów, a w szczególności przez sędziów.

 

13. 5 lat od wypadku minęło… jak jeden dzień!

biegły Jacek Złotorzyński sędzia Monika Louklinska Sąd Rejonowy Warszawa-Mokotów
Jak „biegły” sądowy Jacek Złotorzyński wprowadził nowe zasady w fizyce…
Dziś mija 5 lat od naszego wypadku na motocyklu… Był poniedziałek 2013/08/05 około godz. 18tej. Wracaliśmy z pracy. Żonie szczęśliwie niewiele się stało, ale mi o tym wydarzeniu już zawsze będzie przypominać codzienny ból i 2-ga grupa inwalidzka. Trudno zliczyć wszystkie operacje, które przeszedłem. Nie narzekam. Pomijając ograniczenia fizyczne, to chyba jestem szczęśliwszy i dojrzalszy niż przed tym zdarzeniem. Niewątpliwie wiele mnie ono nauczyło, czym chcę się tutaj podzielić.

Czytaj dalej 13. 5 lat od wypadku minęło… jak jeden dzień!

12. Blog opadajacastopa.pl skończył właśnie pierwszy rok. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2017!

Z okazji nadchodzącego Nowego Roku 2017 chciałbym życzyć wszystkim odwiedzającym mój blog zdrowia (w pierwszej kolejności!), jak również szczęścia i wszelkiej pomyślności!

NOWY_ROK_2017_zdjecie

Mniej-więcej w tym czasie zainicjowałem niniejszy blog w 2015 roku. Na przestrzeni roku sprawność mojej stopy nie poprawiła się, ale dzięki blogowi poznałem sporo ciekawych osób, od których dowiedziałem się kilku przydatnych dla mnie rzeczy. Informacje zwrotne, które od Was otrzymuję, utwierdzają mnie w przekonaniu, że poruszana tu tematyka związana z opadającą stopą jest potrzebna. Mam jeszcze sporo tematów do zaadresowania, więc zaglądajcie od czasu do czasu. Postaram się je sukcesywnie opracowywać, co jednak nie jest łatwe ze względu na szereg innych obowiązków…

Jeszcze raz pozdrawiam Was noworocznie!
Marcin

11. Utrata masy mięśni podudzia przy uszkodzeniu nerwów

Wychodząc z założenia, że obraz mówi więcej niż tysiąc słów, załączam zdjęcia swoich nóg – prawej, która ucierpiała w wyniku uszkodzenia nerwu strzałowego/kulszowego i lewej, całkowicie zdrowej. Różnica jest oczywista i tak to zwykle wygląda w rzeczywistości. Nie dajcie się zwodzić reklamom, gdzie atrakcyjni modele pozują w ortezach, których na co dzień nie noszą. Dobierając ortezę na opadającą stopę trzeba brać poprawkę na to, że uszkodzona noga będzie dużo chudsza, bo część jej mięśni nie działa!

Utrata masy mięśni podudzia przy uszkodzeniu nerwów
Utrata masy mięśni podudzia przy uszkodzeniu nerwów

10. Elektrostymulacja mięśni i nerwów przy opadającej stopie

W tym wpisie chciałbym poruszyć dość ciekawy dla mnie temat jakim jest elektrostymulacja na opadającą stopę. Przez elektrostymulację rozumiem dwie różne, ale powiązane ze sobą metody. Po pierwsze, elektrostymulacja jest oferowana jako jedna z metod rehabilitacji stacjonarnej. Po drugie, dostępne są na rynku urządzenia, które poprzez wysyłanie impulsu elektrycznego mają pobudzać mięśnie do uniesienia stopy ku górze, tym samym eliminując potrzebę stosowania ortezy.

Jestem sceptyczny wobec obu tych metod. Sceptycyzm ten wynika z osobistego doświadczenia z nimi. Nie oznacza to jednak, że w ogóle one nie działają. Wydaje mi się, że czasem się sprawdzają, ale muszę być spełnione określone warunki, o których wspomnę niżej.

Przy mechanicznym uszkodzeniu nerwów w wyniku urazu dochodzi do odnerwienia mięśni, którym mózg nie ma jak przekazać, co mają zrobić. Dotyczy to wszystkich mięśni, ale ze względu na specyfikę tego bloga skupmy się na mięśniach podudzia. Odnerwione mięśnie nie pracują i zanikają. Niestety, zgodnie z moją najlepszą wiedzą, po długotrwałym odnerwieniu i zaniku mięśni ich odrodzenie się nie jest już możliwe.  Trudno mi powiedzieć, co dokładnie znaczy „długotrwałe”. Być może jest to nieco indywidualne. Wydaje mi się, że 3 lata, jak ma to miejsce w moim przypadku, kwalifikują się pod to określenie.  Z lektur on-line i rozmów z lekarzami wydaje mi się, że powyższy scenariusz wygląda inaczej, gdy ktoś doznał np. złamania kręgosłupa lub wylewu, a nerwy odpowiadające za ruch stopy nie zostały uszkodzone. Wtedy mięśnie się osłabiają i tracą masę, bo nie pracują, ale nie zanikają całkowicie.

Opisana wyżej różnica wpływa według mnie na to, czy elektrostymulacja na opadającą stopę jest sensowna. Jestem zwolennikiem teorii, że w przypadku urazów nerwów, bez interwencji mikrochirurgicznej w celu ich naprawy, elektrostymulacja nie ma większego sensu. Nie natknąłem się jak dotąd na wiarygodne badania, które pokazywałyby, że wspomaga ona odradzanie się nerwów… Jeśli ktoś z czytających takowe posiada, to proszę o kontakt, abym mógł zaktualizować ten wpis! Oczywiście zanim doszedłem do tego wniosku wydałem setki złotych na własne urządzenie do elektrostymulacji, a następnie jeszcze więcej na kolejne elektrody żelowe do niego. We własnym zakresie stosowałem elektrostymulacje przez ponad rok bez żadnych widocznych efektów. Nie miałem elektrostymulacji profesjonalnym sprzętem na szpitalnym oddziale rehabilitacji, ale na podstawie rozmów z neurologami śmiem twierdzić, że efekt byłby ten sam.

W którymś momencie dowiedziałem się o dostępności wspomnianych wyżej stymulatorów wspomagających chodzenie, które unoszą stopę przez wysłanie do mięśni impulsu elektrycznego. Cena kilku tysięcy złotych za urządzenie to dużo, ale perspektywa poruszania się bez ortezy wydawała się atrakcyjna. Umówiłem się na przetestowanie sprzętu. Niestety, ten okazał się klapą, bo zgodnie z powyższymi akapitami mięśnie które zanikły (było to około roku po wypadku) nie mają prawa działać. Rehabilitant, a jednocześnie przedstawiciel firmy, testujący na mnie sprzęt był bardzo zainteresowany tematem. Dla pewności podłączył mnie do profesjonalnego, stacjonarnego stymulatora, aby zorientować się, czy uda mu się wywołać jakikolwiek skurcz odnerwionych mięśni. Bez skutku, pomimo ustawienia maksymalnej mocy i odparzeń na skórze w miejscu przykładania elektrod. Pozostało mi zatem życie z możliwie najlepszą ortezą…

Czy opisane stymulatory są zupełnie nieskuteczne? To zależy. Sądzę, że mogą one dobrze działać np. u osób po wylewach, które nie przeszły mechanicznego urazu nerwów, a więc nie mają odnerwionych mięśni. Wszystkie filmiki z reklamami takich urządzeń, które widziałem w Internecie, pokazują właśnie tego typu pacjentów. Sądzę, że takie urządzenie, gdy działa, może mieć duży sens, bo w sposób ciągły stymuluje mięśnie do pracy. Przeszkodą może być jednak bardzo wysoka cena. Przy odnerwionych i zanikających mięśniach można oczywiście spróbować, ale obawiam się, że efekty będą zbliżone do moich doświadczeń.

9. Opadająca stopa a ubezpieczenie od trwałej niepełnosprawności/inwalidztwa

Opadająca stopa a ubezpieczenie od trwałej niepełnosprawności/inwalidztwa

Jestem aktualnie w drodze powrotnej z urlopu i mam dużo czasu, aby poruszyć nieco kontrowersyjny, ale jednocześnie istotny temat ubezpieczeń, w szczególności tych od trwałego inwalidztwa. Traf chciał, że kilka lat przed wypadkiem, ubezpieczyłem się na życie w firmie X (celowo nie podaję nazwy, bo moim zdaniem opisane poniżej zdarzenia dotyczą branży ubezpieczeniowej w ogóle…), a zawarta umowa zawierała również umowę dodatkową na wypadek trwałej niepełnosprawności.

Po wypadku, gdy stało się jasne, że nie odzyskam władzy w stopie, rozpocząłem starania o przyznanie należnego odszkodowania. Wydawało mi się oczywiste, że mając formalnie przyznany umiarkowany stopień niepełnosprawności, powinienem je dość szybko otrzymać. Błąd #1!

Tutaj należy wprowadzić postać mojego osobistego „opiekuna” ubezpieczeniowego, pana Anatola. Pan Anatol, to ciekawa postać – przez kilka lat współpracy z firmą X wydzwaniał do mnie w urodziny i święta pozując na najlepszego przyjaciela. Nie czułem się z tym dobrze, ale też nie zebrałem się w sobie, aby mu powiedzieć, by się odczepił – było to trochę niezręczne.  Po wypadku stwierdziłem, że skoro mam tak oddanego, osobistego „przyjaciela” od ubezpieczeń, to powinien mi on pomóc w załatwieniu formalności związanych w wypłatą odszkodowania. Błąd #2! Niestety, pierwsze co usłyszałem do wykonaniu telefonu do „przyjaciela”, to poddawanie w wątpliwość czy ubezpieczenie mi się należy,  połączone z udawanym współczuciem. Nalegałem jednak, aby do mnie przyjechał i pomógł mi wypełnić dokumenty – w końcu to „przyjaciel”, który zawsze pamiętał o urodzinach i świętach – nawet w rodzinie trudno o taką troskę!

Po moim silnym naleganiu Pan Anatol raczył się pojawić. W przedpokoju zdjął buty, w których przyjechał i zamienił je na lśniące, wypastowane lakierki, w których wkroczył na dywan. Następnie wyjął z teczki  wzory druków do wypełnienia. Pomyślałem, że jednak mi pomoże… Błąd #3! Po kilku minutach wspólnego wypełniania zorientowałem się, że druki, które mój udający współczucie „przyjaciel” pospiesznie uzupełnia, nie dotyczą ubezpieczenia od trwałego inwalidztwa. Zapytałem o to, ale dostałem zapewnienie, że oczywiście są to właściwe druki. Nie dowierzając, siadłem do komputera i ściągnąłem, a następnie wydrukowałem te właściwe  ze strony internetowej firmy X. Pokazałem je Panu Anatolowi wprowadzając go w mocne zakłopotanie chłopca złapanego za rękę na kradzieży lizaków. Do dziś żałuję, że nie wyprosiłem go wtedy za drzwi, tylko przez kolejną godzinę wysłuchiwałem historyjek o bajecznych odszkodowaniach, które firma X wypłaciła poszkodowanym. Po wyjściu „przyjaciela” postanowiłem natychmiast zakończyć współpracę z firmą X wypowiadając na piśmie umowę przed zakończeniem pełnego okresu ubezpieczenia. W efekcie dostałem od Pana Anatola jeszcze jeden telefon z prośbą o wyjaśnienie i zachętą do wycofanie pisma, przynajmniej do czasu upływu pełnego okresu umowy. Myślę, że była to desperacka i nieelegancka próba utrzymania wymykającej się prowizji…Nie zgodziłem się, ale też nigdy więcej, ani w urodziny, ani w święta „przyjaciel” Anatol do mnie więcej nie zadzwonił.

Teraz wziąłem sprawy we własne ręce z przekonaniem, że samemu pójdzie mi sprawniej. Błąd #4! Niestety, potyczki z firmą X miały trwać jeszcze przez ponad rok… Mam wrażenie, że działanie na zmęczenie klienta jest typowym schematem postępowania firm ubezpieczeniowych, szczególnie, gdy pojawiają się większe kwoty do wypłaty. Na początku dostawałem rozciągnięte w czasie mętne prośby o dostarczenie pełnej dokumentacji medycznej, tak jakby ewentualna operacja na uchu była powiązana z opadaniem stopy. Po kilkumiesięcznej wymianie pism zostałem zaproszony na „komisję” lekarską, która składała się z jednego, mrukliwego Pana neurologa. Pan popatrzył na moją bezwładną stopę, coś tam zanotował i podziękował mi, po czym po kilku tygodniach dostałem informację na piśmie z firmy X, że w wyniku badania lekarza orzecznika mój wniosek o wypłatę ubezpieczenia został oddalony jako bezzasadny! To już było grube przegięcie, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie odpuszczę. Chyba w tym momencie skonsultowałem się z adwokatem  w  kwestii interpretacji warunków ubezpieczenia. Podzielił on mój punkt widzenia, że wypłata odszkodowania jak najbardziej mi się należy . Poprosiłem też o dalsze pilotowanie sprawy licząc, że pisma od prawnika zrobią na firmie X większe wrażenie. Następnie udałem się po fachową opinię i zaświadczenie o permanentnej niepełnosprawności  wynikającej z opadania stopy do dr hab. neurologa Kazimierza Tomczykiewicza. Na podstawie jego diagnozy wysłanej do firmy X przez adwokata, wypłaciła ona bez słowa należne odszkodowanie. Sądzę, że w centrali X ktoś przeliczył, że prawdopodobieństwo wygrania procesu jest bardzo niskie i czas przestać  przeciągać linę, bo jeśli sprawa trafi do sądu, to koszty będą tylko większe.

Moje wnioski z opisanej wyżej historii są takie, że firmy ubezpieczeniowe to instytucje komercyjne (czyli nastawione na zarabianie pieniędzy), a nie charytatywne. Uśmiechy komiwojażerów pokroju Pana Anatola oraz ich zapewnienia o gruntownej ochronie ubezpieczeniowej, którą jest się objętym, sypią się głównie przy inkasowaniu pieniędzy za sprzedaż polisy. Gdy stanie się nieszczęście i pieniądze należy wyłożyć, to sprawy są często komplikowane i przeciągane, aby wypłaty były jak najmniejsze lub żadne. To w sumie dość oczywiste, ale często nie myślimy o tym, gdy wszystko jest dobrze. Przed zawarciem jakiejkolwiek umowy ubezpieczenia sugeruję gruntownie przeczytać i ewentualnie skonsultować z kimś kompetentnym wszystkie napisane drobnym druczkiem wykluczenia, aby mieć względną pewność na wypadek czego jesteśmy ubezpieczeni. Gdy znajdziemy się w sytuacji, w której jesteśmy pewni, że ubezpieczenie nam przysługuje, przede wszystkim nie należy odpuszczać! Firmy ubezpieczeniowe prowadzą często grę na zmęczenie przeciwnika, ale mając przekonanie o swojej racji należy tę grę podjąć. Jak pokazuje mój przykład, odmowa wypłaty odszkodowania nie zamyka spawy, ale ma zniechęcić do kolejnych kroków, na co ewidentnie liczyła firma X. Należy być wytrwałym i cierpliwym, ale też nie wahać się, jeśli koniecznie jest wynajęcie prawnika i skierowanie sprawy do sądu. Niestety, wydaje mi się, że do tego etapu docierają nieliczni.

P.S. Z moich obserwacji wynika, że tam gdzie możliwe jest podłączenie się do pieniędzy z cudzego odszkodowania, działają różnej maści „kancelarie” odszkodowawcze. Uwaga! Ich pomoc zwykle sprowadza się do wysłania pism, które poszkodowany z powodzeniem możne napisać samodzielnie bez większej wiedzy prawnej lub po niedrogiej konsultacji z adwokatem. Za taką usługę owe „kancelarie” liczą sobie do kilkudziesięciu procent należnego odszkodowania. W większości przypadków nie ma się co łudzić, że będą one za nas walczyć w sądzie – w tym biznesie nie o to chodzi. Proces kosztuje czas i pieniądze. Dużo łatwiej odcina się kupony z prostych spraw odszkodowawczych wysyłając w imieniu naiwnego poszkodowanego pisma o wypłatę odszkodowania, które i tak mu się należy…

8. Opadająca stopa a orzeczenie o stopniu niepełnosprawności cz.2

Opadająca stopa a orzeczenie o stopniu niepełnosprawności cz.2

Po zamieszczeniu poprzedniego wpisu odezwał się do mnie kolega z dużo dłuższym, bo około 25 letnim, stażem z opadającą stopą. Zwrócił mi uwagę, że jego zdaniem przedstawiłem zbyt sielankowy obraz problemu. Ten obraz jest, na moje szczęście, prawdziwy dla mnie, ale w zależności od konkretnego powodu opadania stopy, rzeczywiście może być zbyt optymistyczny. Na przykład, stopa może opadać zarówno w wyniku długotrwałego/silnego ucisku na nerw strzałkowy (patrz wspominani przeze mnie wcześniej zbieracze truskawek), ale może też być następstwem poważnych urazów powstałych w wyniku wypadku komunikacyjnego. Trudno oczekiwać, że te przypadki będą do siebie bardzo podobne… W następstwie wypadków czasami dochodzi do tak silnego uszkodzenia nerwu, że zostaje on przerwany, a chory traci czucie. Zerwanie może  nastąpić na różnych poziomach – może dotyczyć tylko nerwu strzałkowego (jeśli uraz nastąpił nisko), ale też kulszowego (jeśli uraz miał miejsce powyżej kolana). Przy poważnych uszkodzeniach nerwu kulszowego chory może całkowicie stracić czucie w okolicach stopy i nigdy go nie odzyskać. Nie pracują wówczas także inne mięśnie odpowiadające za ruch stopy. Jest ona całkowicie bezwładna i niestety właśnie tak wygląda sytuacja u mojego kolegi.

W opisanym wyżej scenariuszu pojawiają się problemy, które są mi obce. Nie mając czucia można na przykład poparzyć się i dowiedzieć o tym dopiero patrząc na pęcherze na skórze. Trudniejsze jest trzymanie równowagi, szczególnie boso, bo nie ma się czucia podłoża, więc łatwiej się pośliznąć np. na basenie. Brak czucia może również prowadzić do odmrożeń, ale także niedokrwienia, jeśli założy się zbyt ciasne buty lub zbyt mocno je zasznuruje.

Innym problemem, z którym należy się liczyć, jest puchnięcie stopy, szczególnie w upalne dni. Wydaje mi się, że wynika to z faktu pogorszonego krążenia. Od jednego z ortopedów usłyszałem kiedyś, że w zdrowej nodze działa tzw. „pompa mięśniowa”, która pomaga sercu tłoczyć krew w nogach. Przy opadającej stopie jej działanie jest zaburzone. Problem puchnącej stopy dotyczył mnie przez około rok po wypadku, ale z czasem, gdy zacząłem się więcej ruszać, zniknął. Wspomniany wyżej kolega, zmaga się z nim od 25 lat tak, że czasem nie może włożyć nogi do buta. Nie ma więc prostych, powtarzalnych objawów związanych z opadaniem stopy… te, których doświadczamy, będą nieco inne w zależności od rodzaju i rozległości urazu. Jest natomiast, co również podkreśla mój znajomy, sprawdzona metoda radzenia sobie z opadającą stopą – orteza z włókna węglowego.

7. Opadająca stopa a orzeczenie o stopniu niepełnosprawności cz.1

W tym wpisie chciałbym podzielić się własnymi doświadczeniami w kwestii uzyskania orzeczenia o stopniu niepełnosprawności związanego z opadająca stopą.

Kilka miesięcy po wypadku, gdy już w miarę stanąłem na nogi, było dla mnie jasne, że jestem…niepełnosprawny. Brzmi to dość okrutnie i całkowicie sprawnym ludziom, jak ja kiedyś, od razu nasuwają się skojarzenia z wózkiem inwalidzki i rentą. Na szczęście przy opadającej stopie bez innych powikłań i urazów nie jest tak źle! Oczywiście stopa przypomina o sobie bólem, szczególnie przy wstawaniu z łóżka rano, jak opisywałem wcześniej, ale poza tym można się do niej przyzwyczaić i prowadzić dość, jeśli nie całkowicie, normalne życie. Wiąże się z tym jednak kilka ograniczeń. Na przykład nie da się już być biegaczem, nawet rekreacyjnym, bo nawet najlepsza węglowa orteza AFO na dłuższą metę tego nie wytrzyma. W dobrej ortezie można za to zupełnie normalnie, a nawet szybko, chodzić. Jeśli trzeba okazjonalnie podbiec to tramwaju czy autobusu, to też się da. Można za to całkowicie normalnie i bez kompromisów jeździć na rowerze – zarówno w ortezie, jak i bez.

Za formalną niepełnosprawnością, poza faktem deficytów fizycznych, zawsze muszą iść „papiery”. Oznacza to, że aby być oficjalnie uznanym za niepełnosprawnego, należy uzyskać orzeczenie o stopniu niepełnosprawności. W zależności od przyznanego stopnia niepełnosprawności orzeczenie jest podstawą do różnych przywilejów. Można np. mieć ulgi podatkowe na wydatki rehabilitacyjne, ale również, szczególnie przy uszkodzeniach narządu ruchu, co na miejsce przy opadającej stopie, dostać niebieską kartę parkingową uprawniającą do parkowania na tzw. „kopertach”. Jest to cenny przywilej, szczególnie w dużych miastach!

Aby uzyskać orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, należy zgłosić się z aktualną dokumentacją medyczną i opinią lekarską do regionalnego Centrum Osób Niepełnosprawnych – np. w Warszawie jest to tzn. SCON (Stołeczne Centrum Osób Niepełnosprawnych przy ul. Generała Władysława Andersa 5). Niestety, z mojego doświadczenia wynika, że cały proces jest mocno sformalizowany i kłopotliwy, szczególnie dla osób o znacznej niepełnosprawności ruchowej. Podczas pierwszej wizyty należy złożyć wniosek i dokumenty. Potem urząd ma czas na zapoznanie się z nimi i w miarę potrzeby zażądanie uzupełnienia. Następnie, zwykle po kilku tygodniach, wyznaczany jest termin komisji lekarskiej orzekającej o stopniu niepełnosprawności. Komisja składa się z zwykle z lekarza orzecznika i pracownika socjalnego – pierwszy wykonuje badania, a drugi wywiad środowiskowy. W wyniku przeprowadzonych badań lekarz orzecznik przyznaje określony stopień niepełnosprawności i przypisuje mu kody choroby. Przy opadającej stopie, jak w moim przypadku, jest to stopień umiarkowany z kodami 05-R (upośledzenie narządu ruchu) i 10-N (choroby neurologiczne). To jeszcze jednak nie koniec procesu… Teraz, przed możliwością złożenie wniosku o kartę parkingową, czy korzystania z innych przywilejów, należy odczekać około 2 tygodnie na uprawomocnienie się decyzji administracyjnej. Dopiero wtedy można złożyć wniosek o kartę parkingową, a następnie znów odczekać około 2 tygodnie na jej wydanie. Karty niestety odbiera się osobiście, bądź za pisemny upoważnieniem – tak czy owak ktoś musi się w urzędzie pojawić. Jak wynika z powyższego cała procedura jest bardzo żmudna i kłopotliwa, szczególnie dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich… Mam nadzieję, że w dobie wszechobecnego Internetu, płatności internetowych oraz składania rozliczeń podatkowych on-line urzędy obsługujące niepełnosprawnych również, choć częściowo, pójdą z duchem czasu… Jest to szczególnie ważne w stosunku do osób o znacznym stopniu niepełnosprawności ruchowej!

6. Metody docinania stopki ortezy na opadającą stopę

Metody docinania stopki ortezy na opadającą stopę

Pod koniec poprzedniego wpisu #5 wspomniałem, że wbrew licznym reklamom, moim zdaniem nie da się dobrze przyciąć do kształtu stopki kompozytowej ortezy na opadającą stopę używając samych nożyczek… Zdjęcia poniżej ilustrują metody, które są moim zdaniem najlepsze do tego celu, a jednocześnie większość z nich powinna być łatwo dostępna dla przeciętnego majsterkowicza.

UWAGA: Przy cięciu i/lub szlifowaniu kompozytów powstaje pył – należy zabezpieczyć przed nim  drogi oddechowe!

Metody docinania stopki ortezy na opadającą stopę